czwartek, 12 stycznia 2012

'Otwieram butelkę i puszczam stare klasyki...'

   
 


  Oczekiwania wobec drugiego  człowieka to wielka bitwa o wolność własną i wolność pojmowaną zewnętrznie. Skąd brać na to siłę? Nie mamy pojęcia, więc codziennie setki tysięcy z nas zmaga się z własnymi duszami, czy też innymi podmiotami, w zależności w co wy tam wierzycie; zmagacie się z tym, by być w czyichś oczach i by ktoś również, inny, był w waszych kimś.  
    I ciągle przy tych zmaganiach zapominamy, że przypuszczenie to dowódca wszystkich porażek. Usłyszałam przedwczoraj, że miłość to zło, zło najgorsze ze wszystkich, bo w sposób, poniekąd absolutny, narcystyczny w swej naturze, dokonuje za pomocą nas, swych marionetek, wyboru. Nie kochamy wszystkiego i wszystkich. Miłość, czymkolwiek jest, wybiera za nas – jeden obiekt, ten jeden jedyny, który kochamy ponad wszystko. Dlatego właśnie jest zła, gdyż skazuje nas na tragiczne pustkowie tego, co się w nas, lub też poza nami, dokonało- wybór nie wszystkiego, lecz tego właśnie. Nie wiem właściwie, jak mam się do tego ustosunkować. Może kiedy będę kochać kiedyś taką miłością, to odpowiem na to pytanie; dopóki nie czuje jej gdzieś w środku, whatever, fuck it, nazwijcie mnie miłostkowym socjopatą. A na moralnego kaca przytulę się do poduszki, mając w dupie cały świat.
    ‘Na kacu nic nie jest zbyt skomplikowane’, zatem pomyślcie sami.  A Žižek być może miał w tym rację, tu muszę mu ją przyznać, nikt już nie robi rzeczy po prostu, zawsze jest jakiś powód. Zatem ja nie kocham, nie dlatego, że po prostu nie kocham, ale dlatego, że jest ku temu jakiś cholerny powód; powód, który jednocześnie skutecznie odgradza mnie od tego, co nazywamy kochaniem. I można to nałożyć dalej, na wszystko, niczym membranę, lekko dudniącą od dźwięków z wewnątrz. Dajmy na to Al-Kaidę, nie robią zamachów, bo je robią, robią je, bo walczą o coś, co w ich przekonaniu sprawi, że osiągając swe cele, dokonają czegoś, co przeniesie ich na karty historii. Jednym słowem, idąc znowu za Žižekiem, dystansują się. Nawet, jak sam mówił, nie powiem kocham Cię, lecz jakby to ujął poeta, kocham Cię.
    A dekonstruując te formy, sama nie wiem co chce osiągnąć; zrozumieć, poszerzyć horyzonty, cokolwiek przecież, bo i tak sama się w tym samojaujarzmieniu dystansuję: do siebie, do tych myśli, do bloga, do was, jeśli ktokolwiek to czyta (znowu dystans, bo przecież wiem, że ktoś czyta). A co jeśli odgrodzę się murem świadomie? Co wtedy? Jakby to wtedy interpretować? A może właśnie nie interpretować? I kolejne koło, tym razem freudowskie, bo skoro powstało, to musi i będzie interpretowane, i znowu będzie interptetowane, właśnie dlatego, ze zostało stworzone. Fuck it, przecież ja przejawia się w moim działaniu. Nie dokonując interpretacji, świadomie określam się poprzez brak oddziaływania na samą siebie, ale zaraz, zaraz, czy brak działania nie jest w zupełności… także działaniem? Konkretnie, zaniechaniem.
    A że nie chcąc być oskalpowana za zbyt skomplikowane kminy, w których prawdopodobnie i ja sama się gubię (dystans, moi drodzy, dystans), pewnie powinnam zmienić temat. Dookoła wszyscy pieprzą coś o sesji, a ja, skoro ta notka jest taka subiektywna, ja znowu za Žižekiem, powiem: że szkodzi mi brak nauczania przed egzaminem, ale przynajmniej to, co mi szkodzi będzie także moim antidotum. Za uśmiech sto razy wolę kupować dla was choć odrobinę szczęścia. Bo poza tą notką, wcale o sobie nie myślę, dystansując się do samej siebie. Może tylko jedno, chcę tylko wiatru we włosach na słonecznym brzegu Wisły, spokojnej soboty spędzonej ze stopami wetkniętymi prosto w wodę gdzieś na wysokości Salwatora.

środa, 11 stycznia 2012

‘Albo się zgadzasz z ideologią, albo milcząco idziesz w jej ogonie, w duchu mając cichy sprzeciw.’

‘Albo się zgadzasz z ideologią, albo milcząco idziesz w jej ogonie, w duchu mając cichy sprzeciw.’
O Niemcach, Rosjanach, okupacji i ludzkiej wrażliwości – wywiad z CS,  zwykłym obserwatorem rzeczywistości.
Rozmawiała Darla Dashwood.

- Jak widzisz Niemców, w tej chwili?
- Normalnie. To co było kiedyś to nie liczy się teraz.
- Zatem nie postrzegasz ich, jako wroga?
- Noo.. obecnych nie.
- A tamtych?
- A tamtych to raczej tak. Ci, co jeszcze żyją i którzy nie byli przymuszani, tylko z własnej woli na wojnę szli , to raczej ich bym miło nie wspominała.
- Mieli wybór?
- Oczywiście, że mieli.
 - Dlaczego tak wybrali?
- Bo się bali, bo to jest w naturze ludzkiej, gdzie leży strach. Bo mieli do wyboru, albo śmierć albo iść na wojnę.
- Czy Twoja rodzina postrzega Niemców w ten sam sposób?
- Zabawne, moi rodzice na ten przykład bardziej woleli Niemców z czasów okupacji, jak Ruskich. Byli lepiej nastawieni i lepsi niż Rosjanie. Nie kradli, dawali im jeść. Jak rodzice się pobrali w czterdziestym czwartym to udostępnili im pokój, bo tak to przecież młode małżeństwo sypiało w stodole. Gotowali na wojskowej kuchni polowej, co była zrobiona przed domem. I moi rodzice też z niej mogli korzystać.
- A Rosjanie?
-  A Ruscy to chcieli moją mamę zgwałcić! Rodzice byli wysiedleni za Wisłę jak był zdobywany przyczółek sandomierski. Z jednej strony ci mieszkańcy na drugą stronę rzeki byli przerzucani, i tam, jak już Ruscy weszli to no, niewiele brakowało…  I mamie potem, jakiś Lejtnant ruski powiedział, że po wojnie, jak tu zostaną to Polaków czekają ciężkie czasy.  I dobrze to powiedział. Tak przecież było.
- Niemcy nie kradli, a Rosjanie?
- No, prąd założyli nam na wsi już w 1937roku. Ruscy jak weszli to powyrywali kable, pokradli w domu garnki, zegarki, łyżki, widelce; co było, to wszystko za pazuchę schowali.
- Można zatem mówić o uprzejmości Niemców?
- Trudno to stwierdzić w okresie wojny, ale zawsze mi się wydawało, że są bardziej inteligentni, że nie brakuje im oleju w głowach.
- A jak, Twoim zdaniem, za kilka lat będzie się postrzegać Niemców?
- Pamięć o wojnie z pewnością pozostanie w ludziach, ale nieustanne życie ze znamionami przeszłości to raczej nie ma sensu. Człowiek powinien patrzeć w przyszłość a nie w to, co było kiedyś.
- Pojechałabyś chętnie z Niemcem do Auschwitz?
- Oczywiście. I choć mam już 62 lata to w Auschwitz nigdy nie byłam. Ja byłabym pewnie przerażona widokiem tego wszystkiego, nie wiem jak niemiecki towarzysz. Sądzę, że to nie kwestia poglądów, lecz zwykłej ludzkiej wrażliwości na ból i cierpienie, na zwykłe wspomnienie tych, którzy dożyli w obozie swych ostatnich chwil.
- Pamiętasz opowieści swoich dziadków na temat Niemców?
- Ich nastawienie trzeba zrozumieć, przecież była wojna. Oni nie byli pochlebcami Niemców. Co do rodziców jeszcze, to zajęli im dom, wygonili z domu do stodoły spać, ale przykrych wspomnień mimo to, moi rodzice nie mieli; zresztą potem Niemcy się zreflektowali tym pokojem w domu. Ale mojego ojca brat miał dziewczynę, Żydówkę. I na jego oczach mu ją zabili. Od tego czasu zaczął mieć pewne problemy z psychiką. Miał wtedy może z 17 lat. Do tego doszło jeszcze inne wydarzenie. Wujek walczył potem w Batalionach Chłopskich, przeżył cały ten kocioł walk z Niemcami, znowuż brał on udział po wojnie w dzieleniu ziemi, czyli w tej reformie rolnej.  Psychika mu siadła, miał jakieś dziwne napady co parę lat, we wszystkich widział Żydów- w swoich braciach, w  sąsiadach. Podobno zdarzyło mu się łapać za nóż, by ich zabić, ale nie wiem na ile było to prawdą. Tylko w mojej mamie nie widział jakoś Żydówki.  Skończył w szpitalu, terapia, leki; wyszedł z tego, skończył dwa fakultety i jakoś żył. Nie rozumiem tylko dlaczego chciał atakować Żydów…
- To będzie niefortunny przykład, ale w młodości Hitler również miał dziewczynę Żydówkę. Zerwała z nim. A co było potem, wszyscy wiemy.
- No tak, ale to nic nie wyjaśnia. Otwiera się tylko kolejne pytania, wiele bez odpowiedzi.
- Syndrom odwróconych? Dlaczego ona zginęła, a nie inni Żydzi. Ona miała przecież przeżyć. Nie przeżyła. Zatem tych, którym się udało należało ukarać.
- Hmm… dziękuję. Muszę się nad tym potem głębiej zastanowić.
- Czy istnieje stereotyp Niemca?
- Porządny, pracowity, komunikatywny, ale zupełnie bez poczucia humoru. Aha, i lubiący i pijący piwo!
- To stereotyp międzynarodowy. Jaki jest polski?
- Taki sam chyba. Niemcy lubią porządek i ład, są pracowici i lubią jak inni pracują, nic nie powinno się według nich marnować.
- Nie marnowali także niczego w obozach. Wszystkie rzeczy miały swoje przeznaczenie, to po palonych sprzedawano, to rozdawano, z tamtego robiono mydło.
- Wychodzi tutaj ich charakter, w jakiś sposób. Ordnung ist ordnung, nieprawdaż?
- Być może. A jak kształtowała się Twoja opinia o Niemcach?
- Oprócz mniejszej dawki doświadczeń moich rodziców, to przede wszystkim Radio Wolna Europa miało na mnie największy wpływ. Słuchałam tego jak szalona od małego dzieciaka. Słuchali rodzice, słuchałam i ja, razem z nimi.
- Miałaś wtedy poczucie wolności?
- Nie. Całe zło wynikało z okupacji radzieckiej, w Polsce przynajmniej. Wszystko było przedkładane na Ruskich, mało na Niemców. Poczdam, Jałta, i inne układy, wszystkie zmanipulowane przez Stalina i Rosjan.
- A co ze związkiem Hitler - naród niemiecki?
 - On to tylko pociągnął ludzi za sobą. Lata 30, to był okres kryzysu.  Poprzez nakłady na zbrojenia i infrastrukturę stworzył im miejsca pracy; no i za to, lud poszedł za nim. Większość poszła, bo chciała, ale część dołączyła ze strachu. Bali się, co z nimi zrobią za nieposłuszeństwo. Zawsze tak jest. Albo się zgadzasz z ideologią, albo milcząco idziesz w jej ogonie, w duchu mając cichy sprzeciw.
- Znowu mamy kryzys finansowy, znowu światowy, był także gazowy na linii Niemcy-Polska-Rosja. Czujesz jakieś zagrożenie geopolityczne?
- Ze strony Niemców nie, wcale, ale nad Rosjanami trzeba się zastanawiać o co im tym razem chodzi. Kwestie gazu to teraz ich, prawdopodobnie, jedyna karta przetargowa. Myślę, że Rosjanie są mściwym narodem, a zwłaszcza Ci, co wepchali się na stołki władzy. Zwykli ludzie są raczej dobrzy, w końcu też mają słowiańskie dusze. Tam, jak mi się wydaje, władza cię bardzo zmienia, stajesz się nieugięty i absolutny, byleby wszystko było w twojej garści.  U Niemców tak nie ma. Może dlatego rządy Niemieckie obecnie są bardziej przyjazne.
- Ty i Twój mąż oboje pracowaliście u Niemców?
- Tak, tzn. robiliśmy w STARZE w Starachowicach, a potem STARA przejął MAN. I pracowaliśmy z Niemcami. Męża nawet wysłali do Monachium, żeby go dokształcić. Był dobrze traktowany. To było trochę na wzór tych szkolnych wymian. Pojedziemy, nauczymy się czegoś, ale także pozwiedzamy.  Poznał wielu Niemców, nawet do dzisiaj podsyła im jakieś książki o Polsce, bo są jej ciekawi. Mój Zbyszek był zachwycony, on uwielbia niemiecki i zawsze się ze mną wykłóca, że choć ma ponad 60 lat to zrobi kiedyś dyplom z niemieckiego.
- Twoja młodsza córka była na wymianie polsko niemieckiej. Zaprosili ją dwa razy. Dopiero za drugim się zgodziła. Jak sądzisz, dlaczego nie wyraziła zgody od razu? Ma w sobie tą niechęć?
-  To nie była kwestia niechęci, absolutnie nie. Ona nie znała wtedy języka, bała się, że się nie dogada, a chciała się dogadywać. W końcu pojechała, nawet i bez języka, i przywiozła wspaniałe wspomnienia. Widać w niej to inne, nowe, wolne pokolenie. To wspaniałe patrzeć na dziecko, które wychowuje się w wolnym kraju, i do tego patrzysz jak się rozwija. Ona nie uznaje stereotypów, zawsze mnie poprawia, kiedy coś palnę, pilnuje, by w naszym domu panowała tolerancja i wzajemny szacunek do innych kultur czy narodów. Jeśli taka rośnie z nią przyszłość, to zazdroszczę tym, co będą z niej korzystać.

wtorek, 10 stycznia 2012

Księżyc patrzy ci na ręce. Obejmij mnie.


Zapisywałam kartki błękitnego papieru, będąc na zewnątrz. Nieśmiało patrzące, piwne oczy raz po raz zamykane były przez deszcz. Chłód nocy wlewał się do duszy, kiedy czekałam na ciepło bijące gdzieś z wnętrza ciebie, będącego nieopodal. Polubiłam to, czy polubiłeś mnie dręczyć? Co zrobić, gdy atrament zaczyna się rozmywać a dopiero co napisane słowa zaczynają blednąć w srogim blasku wszystkowiedzącego księżyca. Masz ramiona ze stali, ciepłe jak słońce, ale nauczyłeś się mnie dręczyć, nauczyłeś się obiecywać wzrokiem całe zło tego świata. Księżyc patrzy ci na ręce. Obejmij mnie. Tyle w zupełności wystarczy. Jesteśmy złamani i niech to stanie się naszą prawdą. Chcemy być tylko sobą.
Pamięć podpowiada, że historia zatoczy kolejne koło, iskrzy się, spalając kolejne mosty pragnień.Oddychałeś z wolna, a ja nie mogąc cię obudzić, oddychałam obok, w trochę innym rytmie, więc niech wszystkie zamki z piasku się rozsypią, gdy choć raz pomyślę, by się w tobie spalić. Ale będę czekać, czekać na dla mnie skomponowany wolny taniec przeznaczenia, by jakoś móc zasnąć kolejnego dnia...
Za oknem pada deszcz, minęło sto milionów lat podczas obrotów ziemi w ułamkach ostatnich sekund.Coś się zmieniło, kiedy ciemna chmura przesłoniła nagle posrebrzaną tarczę księżyca. Mogłeś mieć to wszystko, bo było na wyciągnięcie rzęsy; uciekliśmy zatem, oboje, opowiadając sobie dowcipy o kaczorkach i myszkach. Jak mogłeś tak wprost, bez słów, a jednak bez zakończenia, zupełnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło.

Bo nic przecież się nie wydarzyło.
Deszcz pada za oknem, jak zwykle przed siebie, jak zawsze z góry do dołu, a ja, zmywam naczynia po porannej jajecznicy.
Czas mi wciąż ucieka...

wtorek, 3 stycznia 2012

[odpychające się, niczym magnes.]

   




    Kiedyś byliśmy sobie tacy... a potem przestaliśmy być. Nie mieliśmy pojęcia, jak to się stało i jakie skutki w nas wyzwoliło.  Potem, każdej soboty siadaliśmy nad Wisłą, by trzymać się za ręce na naszym ulubionym zakręcie obok Hotelu Forum. Patrzyliśmy się na dostojne łabędzie zanurzające swoje ciepłe, mocne dzioby w chłodnej wodzie rzeki. Zerkaliśmy co jakiś czas na swoje ramiona, dźwięcznie odpychające się, niczym magnes.
    Teraz uśmiecham się, gdy to wspominam, bo marzenie, które śniłeś dla mnie uwolniło mnie od wszelkich trosk. Nie możesz już go spełnić. Sam wybrałeś swój los. Teraz, siedzisz nad inną rzeką z inną osobą, i to na jej ramiona patrzysz.
    A ja tymczasem swoimi oczami śrubuję świat, oglądam go z każdej strony i staram się stawiać stopę raz po raz, idąc pośród parku na Podgórzu. Pamiętam to, wyglądałeś trochę jak ja, na tle tych wszystkich liści; ale ja mój drogi przybyszu z dawnych czasów, ja wyglądam na ich tle znacznie lepiej. Zabieraj się więc z tej jesiennej powierzchni i idź swoją drogą, tak jak ja już dawno kroczę swoją.
    I więcej, chcemy dla siebie więcej. Zdecydowanie, niż te całe połacie szczęścia, które kumulują się w naszych oczach, patrzących na siebie nieśmiało, od tak, z daleka.
    
  

środa, 30 listopada 2011

Za dużo tlenu na końcu też cię zabije.

Jestem już tylko cieniem. Nie widzę nic przed sobą. Wszystko co się dzieje wokół sprawia, że dalsze życie staje się niemożliwe. Gdziekolwiek nie pójdę, droga prowadzi donikąd. Bywam ofiarą swoich wyborów i bywam ofiarą także waszych wyborów. Los wiedzie mnie przez meandry ironicznych zdarzeń. Dostaję wspaniałe wiadomości o życiowej szansie, by jednocześnie dowiedzieć się, że szanse te mogą mnie skończyć. Co wybrać, gdy masz do wyboru stryczek lub brak tlenu? Nie mogę czekać w nieskończoność, nie mogę nic nie wybrać. Bo nawet brak wyboru będzie wyborem. Czas ucieka szybciej niż widać to na zegarze. Czas domaga się przeraźliwie decyzji. Decyzji, której nie potrafię podjąć. Nie umiem wybrać pomiędzy śmiercią a śmiercią. Pętla się zaciska a kulminacja pojawi się tuż za chwilę, już mnie widzi, już uśmiecha się z coraz bliższego bliska. Idę wprost na czołówkę, zderzę się śmiertelnie z tym, co mogło popchnąć mnie na nową drogę życia.
Czy nie widzisz, że to niemożliwe, bym wybrała? Cokolwiek wybiorę - przegram.
Duszę się z każdą minutą coraz bardziej, krzycze po nocach z bólu.
Dlaczego? Chce tylko wiedzieć dlaczego, zanim cały ból ustąpi, zanim moje ciało przestanie oddychać.

...zabawne, walcząc o nowe życie, pozbawiłam się go.
Za dużo tlenu na końcu też cię zabije.

To jak z naszym systemem - idę do przychodni, oni mówią, że najbliższy termin jest za kilka miesięcy, i odsyłają mnie na najbliższy mi oddział ratunkowy. Tylko, że na oddziale ratunkowym nie chcą mnie przyjąć, bo nie widać oznak zagrożenia życia, i odsyłają mnie do poradni. I tak w kółko. Pięknie.

Słowa są nieskładne, nie pasują do siebie, nic już do siebie nie pasuje, bo ten świat rozpadł się na kawałki. Próbując je poskładać, tylko rozsypałam je bardziej. Ironia za ironią. UEFA daje mi 2 dni. Przez UEFA zginę. Wspaniale; żegnam zatem.

sobota, 19 listopada 2011

Nie mamy żadnej przyszłości.

   

    'Jesteście przyszłością, was dwoje, was troje, cała wasza grupa stu pięćdziesięciu osób, wy kształtujecie...' Bullshit, panowie i panie. My tylko konsumujemy kolejne butelki Barmańskiej, my tylko wypalamy kolejne tony skrętów; to my, w końcu zaliczamy wszystkie dupy w okolicy. Tak, tatuśku, nie wypuszczaj dzisiaj z domu swoich córek i synów, bo wyszliśmy na ulice Krakowa.
    Miasto nam sprzyja. Ulice układają się w dogodne do przechodzenia trójkąty i czworokąty, boki kamienic łagodnie pozwalają po sobie spływać a balkony zostawiają uchylone okno albo lufcik w salonie. Tak. Wejdziemy tam i zjemy wasze dzieci żywcem. Resztki włożymy do lodówki, byście mogli zaobserwować potem, kiedy powracacie wszyscy z pracy, że pociechy miały całkiem bezkarnie pomalowane na zielono paznokcie u stóp. A potem pójdziemy dalej, może na Błonia, gdzie obstrzyżemy wszystkie karkołomnie tam przywiezione owieczki; zakradniemy się jak lisy i wgryziemy się w ich dupy, od przodu, bo lepiej smakują. A potem zawrócimy, zrobić sobie sałatkę z bukaki, żeby nikt już więcej nie mówił 'Chcesz?'. Będziemy to popijać winem marki Wino. Konsumować, konsumować, nic ponad to nam nie zostało. Pierdolić straty, idźmy po więcej. I chuj, że to wszystko mamy tak na prawdę w dupie.
    Co z tego, że dano nam wotum zaufności, skoro przepalamy je tuż pod stołem? Co z tego, że dajecie nam te swoje dyplomki i dyplomy, skoro sprzedajemy je na makulaturę, by mieć parę złotych na wódkę? Każecie nam czytać jakieś kompletne bzdury, których korzenie zasiedziały się już dawno w świecie, który już wieki wstecz wcale nie istnieje; twierdzicie, że nic nie wiemy o życiu, że nie znamy sie na płaceniu rachunków, że nie rozumiemy zawzięcie skomplikowanych procesów, które rządzą kapitalistycznym światem gospodarki. Nieustannie jednak, zapominacie o kilku ważnych faktach. To my tworzymy innowacje, to my upraszczamy wasz nadmiernie skomplikowany świat, to my gramy na giełdach i płacimy miliony za przypadkowe operacje finansowe, to my zajmujemy wam stołki w wielkich korporacjach światowych, to my ubieramy was, i to my, coraz częściej stajemy się waszym obiektem seksualnego pożądania. To o nas śnicie w swoich wielkich dziejach Morfeusza, to nas boicie się zobaczyć tuż za rogiem ulicy, kiedy sikamy na chodnik pod klubem. Robicie z nas liczby, w ogromnym przedsięwzięciu psychicznej eksterminacji.
    Marnujecie nas.... mieszając nam w głowach niepotrzebnymi rzeczami, by potem zastanawiać się, dlaczego wyrażamy głośny sprzeciw.  Nic nie szkodzi. Nie czujemy żalu, nie mamy w sobie żadnej nienawiści. My żyjemy, jesteśmy świadomi. Nie mamy żadnej przyszłości. I właśnie to sprawia, że odwrotnie do was, drodzy 'mentorzy', my nie kontemplujemy życia, my je, w całej jego prostocie, przeżywamy.

niedziela, 30 października 2011

Ja [od teraz]

.

Nie odgadniesz jej, choćbyś z jej mózgu stworzył kostkę Rubika.
Nie dotrzymuje słowa, nie dba o konteksty.
Relatywnie pozostawia za sobą wielorakość znaczeń.
Fundamentalnie w jej korzeniu nie słychać szumu piramid;
ponowoczesna w swej tradycyjnej formie.
Zdekonstruktywizowana na liberalną modłę pamięci.
Chcesz ją usidlić w szponach swej autokratycznej woli,
posiąść ją w chorym uścisku fizycznie moralnej miłości?
Nie będzie miała z tej znajomości nic prócz kajdan sumienia;
mówi 'nie', sprzeciwia się posiadaniu,
woli trwać, cholernie z daleka od jakiegokolwiek  c i e b i e.
                                                                                             DarlaDashwood, 19.10.11

środa, 26 października 2011

Whatever, fuck it.

Szły. Dwie panie na skrawku przestrzeni tego małego zakątka, dwie kontemplujące rzeczywistość i prawdę tej oto skromnej egzystencji wokół zarzyganych krzaków. Rozmowy, przypominające bardziej monolog jednej, przerywany od czasu do czasu dziwnymi pochrypnięciami drugiej, bez wyraźnego związku ze sobą. Pięć tysięcy wątków poruszanych w ciągu sekundy, sto dwadzieścia pięć milionów sekund ciszy i trylion słów użytych w pośpiechu, a wszystko, by wyrazić się na temat relacji, związków, miłości, uczuć, ludzi. Ludzi, przede wszystkim. Trwały one, a moje jestestwo było jedną z nich.


Ja, biernie uczestnicząc raczej, niż z pozoru tylko aktywnie, jakbym się starła z tym monologiem, który żwawo maszerował Plantami tuż obok mnie z tezami, zaczerpniętymi już przy murach ulicy Józefa. Trochę mnie zabrakło w tej stałej naszej kontemplacji świata. I choć usilnie starała się mnie wciągać do rozważań na tematy, których poruszanie najwyraźniej jest u nas ostatnio bardzo hip, wciągnąć mnie nie mogła.
Bo i jak można nakłonić do rozmowy Milczącego? Tak, przyznaję - ostatnio milczę. Zdarza mi się milczeć na każdy temat, zdarza mi się biernie spoglądać na wasze gadki szmatki. Opanował mnie jakiś szaleńczy mamtowdupizm i nie tylko nie chcę się go pozbyć, ja się w niego garściami wplątuje. Ot tak, żeby światu pstryknąć w nos. Bo właściwie czemu nie? Bo właściwie mam-to-w-dupie. A wszystko to, co mogłabym jeszcze napisać, przemilczę, zgodnie z ostatnim trendem. W końcu milczenie mówi więcej niż słowa.

niedziela, 23 października 2011

Fragmentaryzował rzeczywistość.

  

    Miał swoją gitarę. Miał wspaniałe, gęste ciemne włosy, pod którymi ukrywała się cała jego wiedza. A wiedział dużo. Był wspaniały. Możliwe, że najlepszy ze wszystkich. Szczery, do bólu.Nietuzinkowy, chociaż prosty w swoim nieogarnięciu. Konkretny, gdy trzeba było, łajza przy braku kontroli. A przy tym wszystkim, zawsze był, chociaż tak prawdę powiedziawszy żył bardziej, jakby nie był, trochę jak wytwór zbiorowej wyobraźni.
    Któregoś wieczoru wyszedł z domu, by nie mieć żalu do całego świata. Wstąpił do monopolowego, kupił trzy flaszki czystej. Zapłacił kartą, którą zostawił potem u kasjerki, rzucając przy tym świstek papieru z zapisanym na nim PINem. Zawsze był trochę stuknięty; więc to nie wydawało się niczym specjalnym, na swój cholernie dziwny sposób, oczywiście.
    Wychodząc ze sklepu, rzucił drobne 'siemano', na pożegnanie. Ruszył w prawo, długą drogą ku przeznaczeniu, którego jeszcze wtedy nie znał.
    Ulice miasta, w którym się znajdował były w swoim własnym świecie miejskich przygód i dodając mu odwagi zwalniały czas na zakrętach, by potem gwałtownie go przyspieszać na prostych. Trochę ironicznie pogrywały sobie z nim, ale cóż, bywa, takie jest już życie na ulicach. Nigdy nie wiesz, czy trafi ci się zakręt czy szybka piłka prostej.
    On zaś oglądał okiem coraz to nowe kamienice podsuwane przez ulice miasta, nie mógł pojąć skąd ich się tutaj tyle wzięło. Nigdy wcześniej jakoś się nad tym nie zastanawiał, może nie zauważył, albo po prostu ignorował tę część rzeczywistości. I coś w nim drgnęło, powoli, ale w sumie całkiem nieświadomie celowo. To było to. Fragmentaryzował rzeczywistość. Zrobił z niej tort skrojony w kawałki, tak, żeby każdy z gości na weselu się nażarł, żeby nikomu nie zabrakło. Tyle tylko, że ugaszczając wesele, nie starczyło, by gospodarz, on we własnej osobie zjadł, choćby jeden, jedyny kawałeczek tortu. Co za kmina, stary. Do tego przyda się perspektywa.
    Ulice powiodły go więc do parku, tego na górce, w którym jest taka miejscówa; ta gdzie widać stamtąd całe to przeklęte miasto. Usiadł na trawie, która była zimna jak cholera, w końcu była końcówka września, a tak to już czasem się dzieje, że jest zimno po dupie. Usiadł, patrzył na miasto i zastanawiał się nad swoim tortem, a właściwie nad wciąż umykającym kawałkiem ciasta. Jak smakuje? Czy ma posypkę? Jeśli tak, to jaką? Eh... Basta, czy coś w ten deseń, stary.
     Wziął do ust szyjkę butelki, wychylił głębszego. Żołądkowa gorzka, wyżerała gardło, ale była zajebiście dobra.
     Podniósł głowę do góry. Ciemność opanowała całe miasto. Horyzont rozciągał się bardzo, bardzo szeroko, a on, usiedzony na trawie, kontemplował całą tą szerokość. Kurwa, kochał to miasto. A tort? O torcie pomyśli się kiedy indziej.

niedziela, 9 października 2011

Plamy opadowe przemieszczają się wraz z nadchodząca nocą

   
    Przyszło opuścić gardę, zwinąć sztandar. Przyszło zakopać głowę pod wodą a nadgarstki nadpruć własną krwią. Zakończyć żywot nie jest tak łatwo, jak się wydaje. No bo, tak, kwestia pożegnań. Żegnać się czy się nie żegnać? Zostawić list, nagrać materiał wideo, zostawić plik mp3 z naszymi ostatnimi słowami? Co należy zrobić? Czy ubierać się jakoś ładnie, czekając na śmierć czy umrzeć w podomowym t-shircie? Malować się czy nie malować? No i kwestia strategiczna. Jak się zabić? ( ... )
    Znałam ich niemało. Jedni skakali z dachów, inni 'wypadali' przypadkiem z okna, pewna kobieta powiesiła się w łazience, pewien chłopak zaćpał się, jeszcze inny na prostej drodze wjechał na czołówkę. Jest milion sposobów, by ze sobą skończyć. I w tym królestwie czeluści po jakimś czasie człowiek się w końcu zgubi, oszaleje, wyzuty zostanie z wszelkiej dobroci, jaka w nim została. I pozostanie tylko etykietka 'winny'. Sam sobie, bo nikt inny winny tutaj nie był, nie jest, nie będzie.
    Zawsze jak przychodzi październik, wspominam ich wszystkich z łezką, która mocno dźga po oczach.  Z sentymentem wspominam ostatnie chwile, jakie z nimi pamiętam. Obwiniam się o wszelkie decyzje, które wobec nich podejmowałam, o wszelkie osądy jakie wypowiadałam. Chociaż to oni zginęli - ja sama, jestem żyjącym samobójcą. Codziennie wbijam sobie nóż w nadgarstki i codziennie przestaje oddychać. I co dziwne, to ich nie ma dzisiaj, a ja jestem wciąż. Jak to możliwe? Nie rozumiem tego i nie mogę spać po nocach.
    Słońce zachodzi, czas zmian na horyzoncie w kolorze krwistej czerwieni. Plamy opadowe przemieszczają się wraz z nadchodząca nocą, na Zachód. Bo mają prawo, do coraz wyższej jakości zgniłego ciała. Tak, mają prawo. Ah, te plamy opadowe. Zawsze pojawiąją się w najmniej oczekiwanych miejscach. Nie rozumiem tego i nie mogę przez to spać po nocach.

piątek, 7 października 2011

krótka historia o niczym


Monochromatyczność życia. Tak jakoś wyszło, że sprzedaje się ogólnie ostatnio całkiem nieźle. A najgorsze jest to, że nie bierzemy jej wcale za pewnik. Każdy robi swoje i robi pod siebie. Wielkie konstrukcje na przyszłość, jakby się mogło wydawać, a tak na serio, to zbieramy pod sobą wielkie gówno; codziennie tylko wstajemy, wypijamy hektolitry Tigerów i gnamy po coraz to nowe książki. Nie spotykamy się nawet na poważne rozmowy w kawiarniach, tylko pierdolimy smuty o uczuciach bardziej lub mniej immanentnych. Oczekujemy za to po drodze wielkich wyzwań, 'chłopców' rodem z Kalifornii, nowych dup do pierdolenia i zostawienia, oczekujemy nowych kurtek w świątyniach konsumpcji a do tego wszystkiego dajemy się znowu nabierać; na kolejne hasełka o wielkości naszych obecnych decyzji. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jarać może każdy, nie każdy może jarać nad mapą zasięgu działania naszych agentów wywiadu. Zostawiamy sobie więc w sobie trochę bezczelnej odwagi, mieszając ją z cholernym poczuciem pokory, skromności i dozą młodzieńczego szaleństwa i robimy swoje, jak co dzień. Bo w świecie, który wymaga od nas wszystkiego, najlepiej jest pójść na przekór i w sumie, nie robić nic. Ot, co, dzisiejsze cholerne społeczeństwo.
I po co to wszystko?
Bo nie zamierzam nikogo zbawiać, nie zamierzam zniekształcić czasoprzestrzeni ani sprawić, że czas przestanie istnieć. Jestem tylko człowieczkiem w wielkiej machinie życia. Dowiedz się kim jestem, to może się poznamy. Zapraszam

czwartek, 29 września 2011

byliśmy tylko historią, którą lubiliśmy sobie opowiadać

  
  
   Powinno się wiedzieć, że ma się możliwości pierdolenia na lewo i prawo. Zwłaszcza, jak młode wilki same pchają ci się do łóżka. Cóż zrobić? Jak to co? Idziesz, pierdolisz; rozumiem bajkę, stary.
    Gorzej przychodzi kiedy natrafisz na neandertalczyka z krwi i kości, co nie widzi własnego czubka nosa, co spowodowane jest nadmiernym przerostem jego himself, i tak mocno już uszczuplonego, męskiego ego. Z tym to dopiero emocjonalnie wkurwiająca jazda, bo chociaż nie wiem jak się starać, to nadal codziennie – neandertalczyk nadal oddycha. Co zrobić? Czekać i próbować się opanować, kiedy następnym razem potkniesz się o pozostawione byle gdzie neandertaldzkie gówno.
    Szlag.
    A ja nie miałam neandertalczyka. Ale ktoś był, nie mój, bo go nie chciałam. W końcu, byliśmy tylko historią, którą lubiliśmy sobie opowiadać. Trzeba było odnaleźć prawdę...
    Był trochę takim weekendowym chłopcem. Przynosił chwilowe odprężenie po ciężkim tygodniu, ale potem i on zaczynał wkurwiać z byle powodu. Trochę jak Piotruś Pan żył, w wyimaginowanym tylko-dla-siebie świecie, do którego nijak było wejść na serio. Kiedy był, to był to czas całkiem fajnie spędzany, chociaż przy publiczce udawało się dystans. A kiedy go nie było, to też nie był to czas zmarnowany, bo spędzany ze wszystkimi, poza nim. Tak czy owak, jak każde bajki tego świata i ta zakończyć się musiała. Scenariusz sam się napisał, aktorzy odegrali swoje role nienagannie, a sam koniec, dramatyczny, jak przystało na rozwiązanie akcji, ah, końca sam Shakespeare by się nie powstydził, tak myślę.
    Geniusz tego scenariusza polega jednak na tym, że rozwiązując nierozwiązywalne, otwiera nową opowieść. Za dnia anime, nocą zaś manga – nowa postać na scenie, a dla weekendowego chłopca w tym uproszczonym, jak kostka Rubika świecie po prostu zabrakło już miejsca.
    Bywa.

piątek, 23 września 2011

Ścieżkę znacjonalizowano...


Ścieżka była długa. Złożona z maleńkich płatków migdałowych, posypana wiórkami kokosowymi a co jakiś czas raz po lewej, raz po prawej, wetknięta była średniego wzrostu papierowa parasolka. Ścieżka prężyła się przede mną całkiem okazyjnie, po promocyjnej cenie na półce w hipermarkecie, krzycząc po cichu 'kup mnie', a marketingowy zmysł sprzedał ją po zajebiście wysokiej cenie, wyższej, naturalnie, niż była w rzeczywistości warta. Zawieszona była, a jakże, w próżni, w próżni wszechświata, która podobno codziennie się rozszerza, a więc w sumie, jakby nie było, z upływającymi jednostkami czasu z pomocą wszelkich neutrinów i kwarków, droga stawała się coraz dłuższa. No bo tak, przecież, wszechświat się rozszerza. Przyczepność tej dróżki była wprost proporcjonalna do siły grawitacyjnej, jaka trzymała mnie w swym polu grawitacyjnym, a zważając, że mój punkt odniesienia zmieniał się względem innych osób podążających ową ścieżynką, to czasem zbaczałam ze ścieżki, bo kurwa, grawitacja słabła, nie. I tak też się zdarzało, że raz mocniejsze było także tarcie, oddziałujące, krótko mówiąc pomiędzy moim stopami a płatkami migdałowymi i wiórkami kokosowymi. Chociaż większe tarcie obserwowane było z wiórkami, bo mają jakieś tajemnicze właściwości, dzięki którym tarcie z nimi bywa większe, od gładkiej powierzchni płatków migdałowych. Zabawna rzecz w sumie, to tarcie, bo kiedy było większe to akcje giełdowe tejże spółki, co zarządzała ścieżką słabły, a kiedy tarcie malało, akcje szły w górę. W końcu, pewnego dnia, albo nocy, no nie wiem w sumie, w próżni nie istnieją pory dnia; zatem w pewnej jednostce czasu, zdarzyło się, że grupa punktów odniesienia, względem mnie pozornie niezależnych, wywołała deflację na rynku wiórków. I tak, doprowadziło to drastycznej podwyżki cen na giełdzie. To z kolei przyciagnęło większą ilość inwestrów, którzy wkroczyli w świat na ścieżce, a że w wyniku tego spadła konkurencyjność, a odnośniki stały się powszechne, stanęła produkcja. A potem, znikomy ruch o charakterze polityczno - społecznym powziął za cel przywrócenie poprzedniego stanu rzeczy. Ścieżkę znacjonalizowano, zwiększając poziom zamówień publicznych na wiórki, przy rosnącej liczbie wydawanych NIT. I tak, dalej też coś było, z tą ścieżynką, coś tam, nie wiem w sumie. Chyba ją w końcu sprzedali do sąsiedniej galaktyki, po bardzo okazyjnej cenie. Tak. To możliwe, bo chyba zamieszany był w to przemysł kosmiczny z planety U-152ab.
Aha, a parasolki oddano na pomoc dla Europy, mówili, że szósty świat potrzebuje naszych śmieci, by móc funkcjonować. Szkoda, ładne były te parasolki...

czwartek, 15 września 2011

Wypróbuj mnie.


(...) Puk. Puk.
- Proszę- odezwał się David.
 -Kładę wszystko na kanapie. Proszę się nie spieszyć. – powiedział sprzedawca; byłam pewna, że zanim wyszedł to omiótł ironicznym spojrzeniem czerwone zasłony przymierzalni, w których znajdował się mężczyzna z nagim torsem i kobieta, która zdecydowanie mogła teraz ukraść sąsiadom kota.
- A ty nic nie przymierzasz? – uśmiechnął się do mnie łobuzersko poznany przed chwilą chłopak, wyszedł z przymierzalni,  po czym wrócił ze spodniami i koszulą- hmmm…?
- aaaa tak- odpowiedziałam kompletnie oszołomiona- tak, spódnicę.- po czym nie wiedzieć czemu zaczęłam powoli  zdejmować spodnie.  Czułam jak przez moje ciało przepływają gorące ogniki. Zdecydowanie elektryzowałam się od czubeczka najmniejszego palca u stóp po same koniuszki włosów na głowie.
Nagle poczułam, że chce tego kota. Nie tylko chce go ukraść, ale przede wszystkim- chcę go mieć.
Tu i teraz.
David popatrzył na mnie. I szybko odwrócił wzrok. Jednak po chwili jego oczy znowu powędrowały ku memu ciału, zwłaszcza gdy stałam w samym topie i majtkach; odwrócił się do mnie i przejechał wzrokiem po moim ciele z góry do dołu, tak łapczywie, że pod wpływem tego spojrzenia kot, którego kradłam właśnie w myślach zaczął dotykać moich piersi.
Oderwałam się od kuszących oczu Davida i powoli schyliłam się po spódnice, która leżała na ziemi. Założyłam ją bardzo powoli, przesuwając palcami po nogach i pośladkach. Obejrzałam w lustrze własne oblicze z każdej strony. Bursztynowa spódnica leżała idealnie, była obcisła i sięgała tuż przed kolana. Mój tyłek wyglądał w niej niezwykle kusząco. Odwróciłam się do Davida i tym razem to ja spojrzałam mu głęboko w oczy.
- mmm…  a ty?- zapytałam cicho - Pokaż jak leżą na tobie te spodnie.
Coś dodawało mi odwagi. Być może spojrzenia jakie na mnie kierował sprawiły, że poczułam się pewna swego. Chciałam go uwieść. Moje ciało było gorące, naelektryzowane uwodzicielskimi ognikami. Nie poznawałam sama siebie. Jakbym patrzyła z góry na kogoś innego, kto wygląda tak samo, jak ja, tylko, że jego osobowość była o 180° inna niż moja. Fascynująca zmiana.
A David tego nie wiedział. I to była chyba ta siła, która mnie nakręcała.
Widać było,  że chłopak  lekko się zarumienił, ale zdjął swoje spodnie, po czym wolno wziął nowe i równie wolno je zakładał. Spojrzał na mnie łobuzersko, gdy naciągał spodnie na swoją kształtną dupę; nie zasunął ich ani nie zapiął. Ucieszyło mnie to. Podeszłam bliżej murka:
-Odwróć się, zobaczymy co kryjesz z tyłu- uśmiechnęłam się do niego a on grzecznie się odwrócił- no no… całkiem ciekawy widok.
- A ty? – podchwycił moje przekomarzania- Co masz mi do pokazania, bo czuje, że masz w sobie wiele tajemnic, których nie widać...
- …ale można je poczuć- powiedziałam cicho.
Zbliżył się do murka, patrząc mi głęboko w oczy.
Poczułam, że to ten moment, ze trzeba przestać, że już wystarczy, że enough! Odwróciłam od niego wzrok i podniosłam z ziemi przepierzenie, które strąciłam parę minut temu, zaczęłam montować ja na kijku. Musiało to wyglądać właśnie tak, jakie było- niezdarne i niezdecydowane, głupie, niezrozumiałe i cholernie krępujące.  Moja ‘naprawa’ oczywiście nie powiodła się. Niewiele myśląc usiadłam okrakiem na murku, kiedy David szepnął mi do ucha:
-Nie naprawisz tego, wiec po co próbować?
- To może pomóż mi się tym zająć, razem to zrobimy.- wydusiłam z siebie siląc się na ironię.
I nagłym szybkim ruchem usiadł tuż za mną, przyciągając mnie jednocześnie do swojego ciała.
-Nie dasz rady zrobić tego tu i teraz. – wyszeptał mi do ucha.
Poczułam, jak krew napływa mi do wszystkich koniuszków ciała. Był taki seksowny! A seksowność jego sprawiła, że znowu kot sąsiadów był potajemnie wykradany z sypialni. Cholera, kradnę tego kota. Znajome ogniki powróciły.
- Wypróbuj mnie a się przekonasz- szepnęłam.

poniedziałek, 12 września 2011

Przyszłość barany!


3 miesiące. Trzy miesiące. Tysiące kilometrów, podobna ilość mil. Stos nowych uściśniętych dłoni, setki wpatrzonych w ciebie oczu. Dziesiątki komentarzy pod twoim adresem; na palcach liczyć te trafione. Sto tysięcy słów zasłyszanych w różnych językach, miliony słów nie znaczących nic. Tysiące uścisków, dziesiątki pocałunków, metry nocy liczonych w księżycach. A wciąż czujesz niedosyt. Wracasz, znowu wyjeżdzasz, znowu wracasz, znów wyjeżdzasz. I tak życie toczy się: na walizkach, w siatkach, w torbach; nosząc butelki z wodą, plastikowe pojemniki z jedzeniem, kanapki zawijane w reklamówki, buty ze startymi podeszwami, sikanie na stacjach benzynowych, wyrzucane z uśmiechem waluty. A tu ponownie, jak było, tak jest, znowu wybieramy, znowu aferzymy się, bo nie przyjeliśmy łapówki, a to oskarżamy Fotygę, a to silimy się na delikatne uniesienie brwi wobec Sikorskiego.  I jakoś ciagle i wciąż nie możemy ustać na drodze postepu, choć w końcu Kowal powtarza do znudzenia Przyszłość barany! . Ciągle tak nam jakoś raźniej wracać do przeszłości, zupełnie bez sensu, nie zamykając ani nie paląc za sobą mostów. A mnie tak jakoś, dla odmiany od nich, się to udało. Spaliłam most, zburzyłam gruzy. Patrzyłam jak się palą. Co teraz mam powiedzieć? Nic, w sumie już do powiedzenia nie pozostało. Odwrócić się, odejść. Zbudować coś, gdzie indziej.
Ot, tak. Bo właściwie, dlaczego nie?

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

[uciekł mi księżyc]

uciekł mi księżyc z widoku za oknem
spieprzył zanim zdążyłam powiedzieć ‘zostań’
teraz kwadratura  okna świeci czarną pustką
niebo nie pokazuje się z najlepszej strony
ukrywając skrzętnie wszystkie tajemnice świata
nie poszły na marne szkolenia z rozpaczy
nie zastanawiam się nawet czy księżyc jeszcze zobaczy
jak gwałcą mnie pod jego przyzwoleniem
jak wkładają mą głowę w sam środek pieca
może
podziękuje księżyc za mnie kiedyś komuś
że nie było nikogo kto pod osłoną nocy
rozpali dla mnie lampę z małym światłem dnia.
                                                    Darla Dashwood, 10.08.11

Przeżyjesz.

Wycierpiałeś wieki w miłości, nie pamiętasz jak to jest
Kiedy twoje serce krwawi i umiera z bólu.

Pozwól, że przypomnę ci, czym jest rozpacz czekania
Wezmę długi nóż i wbije ci go między oczy

Po nosie poleje ci się ciepła krew, zamkniesz usta
Wyjmę ostrze a twój mózg zacznie wylewać się na zewnątrz

Nie będzie dla ciebie ratunku, czekając na śmierć
Przeżyjesz tak ostatnie swoje tchnienie

A ja potem zostawię cie na pożarcie sztucznym psom
Zakazane owoce smakują sztywnym trupem.

Lubisz sobie zdrowo zaschnąć, wiem to, wiesz.
Ususzę więc twoje ramię, wsadzę do wazonu

Co lepszy kąsek rzucę na podłogę, brudną od szczęścia.
Rozwiąże sznurówki i uduszę nimi twoje jaja.
                                                            Darla Dashwood, 10.08.11

aż oczy wybuchną

czy czujesz się bezpiecznie gdy przykładam ci do skroni
marchewkę?
Jak to jest, kiedy wyrzucasz z siebie ból,
bombardując rozpaczą wszystko dookoła
zostawiając za sobą spalone mosty i miasta
kiedy odrzuciłeś od skroni marchewkę, by ją zarzucić komuś na szyję
dusząc, aż oczy wybuchną
policyjne syreny dookoła głowy
oznajmiają kolejne zaginione jestestwa
kiedyś skończy się era zakrzywionego bezpieczeństwa
może nawet dożyjesz kiedy przyjdą zabić ciebie
w naturalnym środowisku
zamknięty w domu na cztery spusty
człowiek z marmuru
o nadmożliwie kruchym wnętrzu

czarne serce srebrzy się z metalu, a pod spodem
nie rozgrzewa go nic.
nie otworzy drzwi, nie da się przeżyć.
niewybaczalny
marmurowy
chuchniesz i puff, już go nie ma…
                             Darla Dashwood, 14.08.11

niedziela, 14 sierpnia 2011

Ty.


Jaranie jest trochę jak Ty. Bywa podchwytliwe, sam wiesz. Raz jest dobrze, raz źle. Raz doprowadzasz się do takiego stanu, że myślisz, że to koniec, umierasz; a innym razem jesteś tak, jakby spłynęło na ciebie szczęście, widzisz kolory zupełnie inaczej, niż dotychczas. Tak, jaranie jest jak Ty, chociaż wiesz, że nie jest dla ciebie dobre, to kochasz to, pieklenie, bardzo. I nie potrafisz tak po prostu, odejść. W końcu, staje się częścią ciebie, brakującym puzzlem. Czymś tak codziennym, jak poranek.

I ta ciągła niepewność, cokolwiek będzie, cokolwiek się stanie. Dreszcz, emocje, wszystko. Ty.

sobota, 13 sierpnia 2011

Mówiło się na mieście...

   
    W czeluściach czarnego, jak smoła nieba, kryje się chytrze pośród bezszelestnej powierzchni wielki, błyszczący się złowieszczo księżyc w nowiu.  Zapomniany, z odległych stron na nas patrzy, widząc wszystkie podłożone w mieście bomby. Nie ma, i nie było nigdy żadnej relacji pomiędzy nami. Tylko kości zdechłych szczurów wyrzucane, od tak, nam pod nogi. Raz po raz powietrze w swej kryształowej strukturze, przecinane zostaje przez ciemne smugi nietoperzy, zostawiających za sobą niewidzialne dla ludzkiego oka, dźwięki echolokacji.  Mówiło się na mieście, że noc wypełniona będzie lodowatym deszczem. Mówili tak w kolejce po kebab, w budce telefonicznej, a nawet w podjeżdżającym pod dom Vauxhallu naszego dealera.  Mówili też, że pośród kropli zsyłanych rychło na ziemię, znajdą nas; mówili, że zamkną nas, by za wszelką cenę mieć nas uwięzionych, w klatkach. A kiedy zaczął płonąć budynek stacji kolejowej, mówili, że to okropne, że płonie frustracja wzmagana przez ostatnie lata. Kiedy płomienie zaczęły rozprzestrzeniać się dalej, palić z wolna umierających ludzi, też mówili, że ten miał tyle zegarków w domu, że tamten karmił swoje lisy, albo, że jego syn lubił sobie zdrowo wypić.  Tak czy inaczej, zapadł w końcu zmierzch tych wszystkich powiedzonek. Miasto umilkło. Nie pada żaden deszcz. Przestało nawet wiać, gdzieś z zachodu na wschód. Wszystko teraz składa się tylko z tego piekielnie czarnego nieba, kilku szarawych chmur, i tego wielkiego księżyca, świszczącego swym światłem w kolorze zapowiadającym  nadchodzące zmiany….
    Tak, ten księżyc właśnie zawisł naprzeciwko mego umysłu, księżyc z jasną, złośliwą poświatą.